Leje jak… w Turcji!

Noc w Bułgarii minęła bardzo spokojnie. Wypoczęci i zrelaksowani mogliśmy nieco się ogarnąć i ruszyć w kierunku granicy tureckiej.

Kilometry uciekały nam szybko i nim się spostrzegliśmy byliśmy już w Turcji!

Turcja – tuż za przejściem granicznym.

A, byłbym zapomniał. Granicę przekroczyliśmy bezproblemowo, bardzo szybko i sprawnie. Może dlatego, że wybraliśmy mało uczęszczane przejście graniczne (Lesovo-Hamzabeyli) a może po prostu tak tutaj jest.

Tu czekała nas pierwsza niespodzianka. Do tej pory w okolicach przejść granicznych zawsze spotkaliśmy całą masę kantorów. I tak też było aż do przekroczenia granicy z Turcją. Po tureckiej stronie nie było ani jednego kantoru. W pierwszym większym miasteczku (Havsa) próbowaliśmy też wymienić pieniądze, niestety bez powodzenia – w niedzielę wszystkie banki były pozamykane. Zmuszeni byliśmy zatankować więc, choć niechętnie, zapłaciliśmy za benzynę kartą.

Druga niespodzianka. Ledwo wjechaliśmy do Turcji a zaczęło padać. Więcej, to było urwanie chmury! Samochody na autostradowej obwodnicy Edirne zatrzymywały się nie widząc niemal w ogóle drogi. Co bardziej śmiali poruszali się z prędkością około 40 km/h mając zapalone wszelkie możliwe światła, aby inni w porę mogli ich zobaczyć.

Trzecia niespodzianka. Autostrady w Turcji są w większości płatne. Próbowaliśmy kupić odpowiednią winietę, a dokładnej coś do niej analogicznego, ale kolejna klapa. Na stacjach paliw można bez problemu „doładować” winietę ale jej zakup możliwy jest tylko w wybranych punktach. Po kilku nieudanych próbach postanowiliśmy jechać drogą równoległą do autostrady. I tak prawdę powiedziawszy była ona tylko o nieznacznie niższym komforcie podróżowania niż nasze polskie autostrady.

Czwarta „prawie” niespodzianka. Jeszcze przed wyjazdem czytaliśmy w internetach, że kampingi w Turcji są raczej na kiepskim poziomie. Znalazłem, jak się wydawało, jeden taki całkiem przyzwoity tuż przed Stambułem. Niestety na kilometr przed dotarciem do celu gdzieś źle skręciłem i trafiliśmy na prywatną plażę. Właściciel pozwolił nam się rozbić z namiotem na noc kasując nas przy tym jak za kamping w zachodniej Europie. Do dyspozycji oprócz przyzwoitej plaży mieliśmy łazienkę, były nawet prysznice – tylko że nie było w nich wody! Nie pozostało nam nic innego jak nabierać wodę do miski i… No wiecie 🙂

Przy tej okazji okazało się, że niemal każdy Turek zna choć trochę język niemiecki. Za to angielski ni w ząb, nawet podstawowych słów. Wynika to z tego, że praca w Niemczech przez kilka, kilkanaście lat w życiu przeciętnego europejskiego Turka jest czymś naturalnym. Niestety nikt z nas nie znał niemieckiego więc praktycznie tylko za pomocą rąk i mimiki twarzy udało nam się porozumieć, choć z początku nie było to łatwe.

Poniżej kilka fotek z naszej miejscówki:

Choć miejsce do późnego wieczora było bardzo gwarne czas nam mijał szybko. Natomiast o poranku dnia następnego mieliśmy wrażenie, jakbyśmy się przenieśli w inne miejsce. Zero ludzi, cisza, spokój. Jedynie pies cały czas był przy nas i nie miał żadnych oporów aby włazić nam na kolana, choć wcale go do tego nie zachęcaliśmy…

Nasz towarzysz tuż po wygonieniu z kolan

Jest tu bardzo miło, ale cóż… Stambuł czeka. Ruszamy dalej!

cdn.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s