Moskwa

Do Moskwy docieramy 12 czerwca, czyli w Dzień Rosji. Tego dnia poruszanie się autem po mieście i parkowanie nie sprawiało nam większego problemu. Niestety to nie znaczy, że było tak różowo. Zmęczenie wynikające z niemal czterech tygodni podróży dawało mocno o sobie znać. Jesteśmy w stolicy, niemal w centrum, a nam nie chce się wyjść z auta. Najchętniej byśmy poszli nie tyle zwiedzać, co spać! Odczekaliśmy do godziny, kiedy mogliśmy zameldować się w hostelu i czym prędzej skorzystaliśmy z łóżka.

Wieczorem przyzwoitość wzięła górę i metrem pojechaliśmy na Kreml i Plac Czerwony. Okazało się, że ten pierwszy z racji święta narodowego jest zamknięty. Natomiast na Placu Czerwonym odbywał się koncert. Choć staliśmy dość daleko od sceny to dzięki telebimom mogliśmy wiedzieć co się dzieje na scenie. Po fajerwerkach i zakończeniu transmisji telewizyjnej koncertu na placu zrobiło się znacznie luźniej. Muzyka przypominała teraz bardziej disco polo. Wszystko, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, zakończyło się o 22.00. Wieczór jeszcze młody więc zrobiliśmy rundkę po okolicy. Przed północą wróciliśmy do hostelu.

I tu muszę dodać pewien wtręt, który może okazać się bardzo pomocny przyszłym turystom. W Rosji istnieje obowiązek meldunkowy. Można się nie meldować przez pierwsze 7 dni od wjazdu do kraju lub jeśli w jednym miejscu nie przebywamy dłużej niż 24 godziny. My w Rosji byliśmy już od ponad 3 tygodni i karty meldunkowej nie posiadaliśmy. W Moskwie chcieliśmy się zatrzymać na dwie noce, czytaj więcej niż na 24h. I w tym momencie zaczęły się problemy. Choć zarezerwowaliśmy nocleg na dwie doby, to w recepcji zarejestrowali nas tylko na jedną dobę. Aby zostać na kolejną kazali nam się zgłosić do urzędu meldunkowego, w celu wyrobienia karty meldunkowej. Aby oszczędzić sobie tej wątpliwej przyjemności i prawdopodobnie zaoszczędzić sobie czasu zamiast chodzić po urzędach po prostu zmieniliśmy hostel. W drugim bez problemu przyjęli nas na 24 godziny.

Co do weryfikacji meldunku przy wyjeździe z Rosji. Celnicy potrzebują tylko paszportu z ważną wizą oraz karteczki wyjazdowej, którą musieliśmy wypełnić przy wjedzie do kraju. Nic więcej. Nikt nie prosił o jakieś karty meldunkowe czy pieczątki na karteczce. Nikt.

A co do tej karteczki to na wjeździe dostaliśmy do wypełnienia dwie niemal identyczne karteczki wielkości kartki w paszporcie. Należało tam wpisać dane typu: imię, nazwisko, datę wjazdu, cel podróży, nazwę organizacji zapraszającej (tej z vouchera, jest ona zapisana w wizie). Dwa razy wpisujemy dokładne to samo. Jedną z nich celnik zabiera nam na wjeździe, na drugiej przybija pieczątkę z datą i ją nam oddaje. Później jest ona nam potrzebna przy wyjeździe (celnik ją nam zabiera) a w czasie podróży jest ona potrzebna wszędzie tam, gdzie musimy okazać paszport, czyli na przykład na noclegach, czy przy wyrabianiu kart SIM do telefonu.

Dzień drugi.

Po rannych perturbacjach związanych z noclegiem i szukaniem nowego ruszamy na miacho. Auto zostawiamy pod hostelem. Jak się okazuje wczorajszy luz na mieście i mnogość wolnych miejsc parkingowych zawdzięczaliśmy Dniu Rosji. Jedziemy metrem na Kreml i znów „całujemy klamkę”. Jest on otwarty dla zwiedzających codziennie oprócz czwartku. Nie pozostaje nam nic innego jak zwiedzić jego okolice. Poza Placem Czerwonym i najsławniejszą cerkwią na świecie (na żywo jest ona o wiele mniej imponująca jak na zdjęciach) zwiedzamy GUM – ogromne centrum handlowe mieszczące się przy Placu Czerwonym, zwiedzamy jeszcze jedno centrum handlowe, tym razem podziemne, które jest nieopodal wejścia na Kreml (ceny jak w analogicznych sklepach w PL – drogo, ale bez przesady), park Zaryadye powstały po wyburzeniu Hotelu Rosja. Potem spacer po ulicy Arbat i rzut oka na moskiewskie wieżowce. Po drodze mijamy liczne wypasione limuzyny, w tym kilkanaście rożnych Maybachów. Wsiadamy do 14 linii metra (jedynej naziemnej) i robimy rundkę dookoła Moskwy. Cały przejazd trwa około 1,5h. Poza paroma wyjątkami, ku naszemu rozczarowaniu, nie prowadzi ona przez jakieś szczególnie piękne zakamarki.

Na nocleg docieramy po 23.00. Tu wielkie zaskoczenie. Obsługa jest niesamowicie uprzejma i wyluzowana. Na wejście dają nam 15% zniżki i kawę w gratisie. Wow! Kolejnego dnia okazało się, że hostel jest zlokalizowany tuż obok Kremla Izmajłowskiego, a w sumie to jest nawet jego częścią. Jego nazwa to Szkatułka.

Szkatułka

Dzień trzeci.

Rano śpimy długo. W końcu to ostatnia nasza noc w cywilizowanych warunkach. Po śniadanku, czyli około południa, opuszczamy hostel. Niestety niewiele później zaczął padać deszcz. W takich warunkach przyszło nam zwiedzać Kreml Izmajłowski.

Już dzień wcześniej prognozy pogody zapowiadały na piątek deszcz, więc zwiedzanie najpiękniejszych stacji moskiewskiego metra zostawiliśmy sobie właśnie na teraz. Trzeba przyznać, że wiele stacji metra robi wrażenie…

Na koniec małe zakupy w Aszan (Auchan) i po ponad dwóch godzinach stania w korku opuszczamy Moskwę.

Ciąg dalszy i podsumowanie całej wyprawy w kolejnym wpisie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s